Stowarzyszenie pacjentów

programów substytucyjnych

Sytuacja w warszawskim lecznictwie – pełna wypowiedź prezesa Jump 93 dla Gazety Wyborczej

Sytuacja w warszawskim lecznictwie – pełna wypowiedź prezesa Jump 93 dla Gazety Wyborczej

Gazeta Wyborcza opublikowała dziś tekst o zmianach, jakie zaszły na warszawskiej Pradze po przeniesieniu stamtąd jednego z trzech programów metadonowych. Poniżej przytaczamy wypowiedź Jacka Charmasta, prezesa Stowarzyszenia Jump 93, wykorzystaną we fragmentach w artykule GW:

Trzy miesiące bez kliniki metadonowej na Kijowskiej. „Dilerzy nie odpalają już fajerwerków”

Czy przeniesienie Volta-med z ulicy Kijowskiej jeśli chodzi o pacjentów kliniki, to zły pomysł?

Nie. I nie chodzi tu tylko o Volta-med. Od 2017 r. nagłaśnialiśmy problem za daleko idącej koncentracji miejsc leczenia substytucyjnego w dzielnicy Praga Północ. Ale nadmierna koncentracja dotyczyła też innych serwisów dedykowanych osobom wykluczonym społecznie. Malutka Praga była nimi zasypana. Np. serwisami dla osób w kryzysie bezdomności. To nie służyło ani klientom ani otoczeniu. Nie służyło rewitalizacji dzielnicy. Miasto dość szybko zrozumiało problem, bo ma swoje doradcze, branżowe komisje dialogu społecznego, które są dla niego prawdziwym skarbem. Noclegownie, schroniska zostały poprzesuwane do nowych lokalizacji, zarazem udostępniano je w o wiele wyższym standardzie.

Co do praskiej substytucji opioidowej obsługiwała ona w szczytowym momencie jedną trzecią wszystkich krajowych pacjentów i dwie trzecie warszawskich. Ponad 1100 osób w 2024. Jedynym rozwiązaniem była realokacja programów do innych dzielnic, rozproszenie pacjentów też w już działających programach lewobrzeżnej Warszawy, tak by nie obniżyć parametrów zaopiekowania.

Czy konflikt na Kijowskiej był prawdziwy, czy wykreowany?

Problem, przynajmniej na początku, nie był wykreowany. Był jak najbardziej rzeczywisty. Setki osób wykluczonych społecznie korzystające z praskich serwisów pomocowych skoncentrowanych na jednym/dwóch kilometrach kwadratowych. Tuż po wyjściu z placówek, pozostawały często w najbliższej okolicy, np. pijąc alkohol, co było bardzo dotkliwym obciążeniem dla otoczenia.

To też problem pogłębiania uzależnienia środowiskowego u klientów tych serwisów. Taka lokalizacja wpychała ich w okoliczności godzące w cele leczenia czy reintegracji społecznej.

Ale, oczywiście, do każdego buntu, konfliktu, podłączają się różne osoby, które z takich konfliktów żyją: politycy, radni, dziennikarze, aktywiści społeczni, inni. Tu już mieliśmy do czynienia ze znaczną kreatywnością. Pojawił się populistyczny albo, jak kto woli, klasowy postulat wyrzucenia programów metadonowych do dzielnic lewobrzeżnych, kojarzonych z „sytymi kotami”. Do Wilanowa czy Mokotowa.

Teraz, gdy Voltamed przeniósł się na ulicę Czerską, mamy populistyczny postulat radnych z Mokotowa, przerzucenia programów do szpitali. Absolutnie idiotyczny. Jeżeli jakiś szpital zaakceptuje program u siebie, to tylko po to, by łatać jego pieniędzmi dziury budżetowe. To, ze pacjent takiego przyszpitalnego programu będzie mogło korzystać z całej jego infrastruktury to monstrualna blaga. Programy przyszpitalne których trochę jeszcze w Polsce pozostało, raczej marzą o uzyskaniu autonomii. By po prostu się rozwijać.

Co się zmieniło po przeniesieniu kliniki do Mokotowa?

Voltamed, który kierował się skądinąd słuszną zasadą, ze nikogo nienależy zostawiać na ulicy, choćby kosztem standardów opieki, stosował jąw najgorszym możliwym miejscu w Warszawie. W miejscu, gdzie od lat trwałjuż konflikt z mieszkańcami sąsiedniej Brzeskiej. Dobrze wiedzieli, gdzie się pakują i jakie będą konsekwencje. To, że udało się im przetrwać tyle lat przy Kijowskiej, należy traktować jako anomalię, cudowny ciąg zdarzeń, które w tym kraju ludzi wierzących występują częściej, niż gdzie indziej.

Wreszcie poziom krytyczny został przekroczony. Kontrole wykazały rażące naruszenia standardów opieki. Nie mogło być inaczej. Teraz program działa na Mokotowie i wzorowo realizuje zalecenia pokontrolne, redukuje liczbę pacjentów. Cała warszawska branża wspiera jego redukowanych pacjentów, by płynnie kontynuowali leczenia w innych miejscach.

Nie jest to łatwa robota, więc trudno o nowe programy. Mamy ich w Polsce tylko 28. To bardzo mało w sytuacji realnego zagrożenia kryzysem opioidowym. To bardzo mało w stosunku do europejskich standardów – w krajach UE leczenie otrzymuje średnio połowa uzależnionych od opioidów, u nas ok. 20%.